Wielkie oczy

"Wielkie oczy" jako twórczość kojarzyłam z pocztówkami, które zbierała jako dziecko moja mama. Pamiętam te "sieroty" z wielkimi oczami. Nawet ma je do dziś w szufladzie. Dlatego też film od razu przyciągnął moją uwagę.

Nie znałam historii malarki, więc film był dla mnie sporym zaskoczeniem. Artystka ukazana jako wrażliwa kobieta, która nic dziwnego, że ginie w cieniu mężczyzny. Ale też i sama postanawia się od męża-kata uwolnić.

Jej życie wydawałoby się, że zmieni nowy partner, lecz historia zaczęta jak w bajce okazuje się nie być niczym dobrym dla Margaret. Nie będę zdradzać szczegółów, ponieważ to trzeba samemu obejrzeć, przeżyć...

Dodam tylko, że scenografia jest piękna. Sceny i widoki - dopracowane. Aktorka do roli artystki dobrana moim zdaniem bardzo dobrze. Czytałam zażuty, że Walter za bardzo ją przyćmiewa, ale czy widzowie nie wyczuli w tym metafory? Wszak ten film jest o niczym innym jak przemocy psychicznej, jak i okradnięciu drugiego człowieka z jego własnego "ja". Ten, kto tworzy zrozumie co to znaczy traktować swoje dzieła jak dzieci. Dzieci, których nie można oddać.

Dopiero po obejrzeniu filmu zorientowałam się, że to przecież Burton! Jak dla mnie nowy i równie dobry. Dlatego tym bardziej polecam ten film. I koniecznie oglądajcie uważnie. Reżyser ukrył w nim niespodzianki... ;)

Dvernikocur

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz